Podczas marcowego spotkania Dyskusyjnego Klubu Książki pn. „Arystokraci duszy…i słowa” działającego przy Bibliotece Publicznej w Trąbkach Wielkich rozmawialiśmy o książce Shaloma Auslandera „Matka na obiad”. Nasza Klubowiczka Barbara Harbul napisała recenzję na jej temat. Prosimy zapoznać się z nią.
Oto ona:
„Matki smakują najgorzej.” - takim zdaniem zaczyna się książka, będąca tematem spotkania w Dyskusyjnym Klubie Książki.
NIE! To była moja pierwsza reakcja, gdy trzymałam już książkę w ręce, przeanalizowałam okładkę i przeczytałam fragment powieści. Określiłam dzieło nieznanego mi autora niezbyt parlamentarnym wyrazem i ...odłożyłam na półkę z definitywną decyzją: NIE!
Spokoju nie dawała mi tylko informacja w książce: "Książka zakupiona w ramach programu Instytutu Książki pt. Dyskusyjne Kluby Książki". Trzeba przeczytać, bo książkę rekomenduje Instytucja znająca się na rzeczy bardziej niż ja, stwierdziłam pokornie i...wzięłam byka za rogi! Pierwsze przeczytane strony budziły jednak dyskomfort. Czułam się zagubiona w treści, robiłam notatki, a mimo to nie rozumiałam przekazu! Z pomocą przyszło postawione sobie kluczowe pytanie: po co Auslander to napisał i czemu służy ta makabryczna dosłowność kanibalizmu, którą wkrótce uznałam za metaforę, ba! Metaforę, ale czego?!
Swoją percepcję książki ustawiłam więc pod kątem znalezienia odpowiedzi na to kluczowe dla mnie pytanie: jak oswoić ten kanibalizm, aby przejść z bardzo liczną rodziną Seltzerów  należącą do fikcyjnego plemienia Cann- Am, całą treść książki.
Na czele wielodzietnej rodziny stała dosłownie i mentalnie wielka Ama. Jej śmierć i narodowa tradycja ściągnęła do domu wszystkich synów, bo jedyna córka o wymownym imieniu Zero wraz z niepełnosprawnym umysłowo Trzecim byli z nią cały czas, podczas gdy od Pierwszego do Dwunastego wszyscy rozpierzchli się po świecie. Szósty, zmarł jako małe dziecko. Oni jednak byli wówczas na tyle mali, że tradycja zjedzenia zmarłego członka rodziny cudownie ich ominęła! Teraz jednak trzeba było skonsumować matkę według spisanego testamentu kto, jaką część ciała i za jaką finansową gratyfikację.
Tradycja! To słowo klucz tej powieści, a ów odrażający kanibalizm...po prostu metafora "pożerania" własnej tożsamości, właśnie przez bezapelacyjne, często bezrefleksyjne kultywowanie rodzinnych tradycji. Może ono, przez swoją absurdalność, prowadzić czasem do przeżyć traumatycznych. Kolejne, rodzące się pytanie to, gdzie jest granica między tradycją, a poczuciem wolności osobistej?
A czy można zjeść własną traumę? Shalom Auslander udowadnia treścią swojej książki, że tak! Po drodze jednak można się solidnie zadławić!
Ile z naszych rodziców zostaje w nas, nawet gdy bardzo chcemy się od nich odciąć. To kolejne pytanie warte przemyślenia i bolesnej nawet dyskusji. 
Dla mnie „Matka na obiad" to książka moralnego niepokoju, to lektura nie dla połykających bezrefleksyjnie życiową papkę kolorowych reklam i obietnic, że będzie łatwo ,lekko i przyjemnie!... Stanowi ona jakby przystanek dla każdego, kto mierzy się z ciężarem tradycji i liczy się z tym, że jego dotychczasowe rozumienie rodzinnej lojalności zachwieje się w posadach, a może nawet stanie do góry nogami! Przykładem może być matka Ama. W literaturze matka na ogół jest czymś w stylu sacrum, a Auslander tę świętość dekonstruuje w bezpardonowy sposób. Jej despotyczny charakter wywołuje kolejne pytanie: gdzie kończy się lojalność wobec rodziny, a budzi się instynkt samozachowawczy. To jest zagadnienie, które zawsze wyzwala w nas różne emocje, związane z obroną granic osobistej wolności.
„Matka na obiad" to według mnie literacki granat! Nie skupiajmy się więc na szokującym pomyśle zjadania matki, ale na fakcie bolesnego czasem i ostatecznego aktu „przetrawienia” przeszłości.
Poprzez treść autor niemal brutalnie pyta, czy musimy dosłownie „pożreć” nasze traumy i błędy rodziców, aby się w końcu mentalnie od nich uwolnić, nie pozwolić się niszczyć!?...
Analizując książkę nie sposób pominąć kwestie językowe. To nie jest „łatwa” proza do poduszki, ale surowa, momentami obrazoburcza i często dla nas niewygodna.
Autor używa humoru jednak wcale nie po to, aby czytelnika rozbawić, ale aby rozbroić bombę, jaką jest ludzki lęk przed śmiercią i nasze winy wobec bliskich...
Czy to mu się udało?
Odpowiedź na to pytanie wymaga wnikliwej lektury powieści. 
Po moich przeżyciach związanych w ogóle z otwarciem książki, zachęcam do tego z pełną świadomością, że może być krwiście! 
To mądra książka z trudnym przesłaniem, skłaniająca do szeregu refleksji. Moja bardzo dawna pani z biblioteki powiedziałaby, że pouczająca. 
To się zgadza! Dyskusja o niej w DKK była ożywiona i owocna.
Potencjalnym czytelnikom życzę refleksyjnych wrażeń.

  Wstecz  

 

KARTA DO KULTURY DLA NASZYCH CZYTELNIKÓW!!!

ZAPRASZAMY DO GRY

NASZE PUBLIKACJE

dkk malee

LICZNIK ODWIEDZIN